Utopijny obraz nas samych
jest odwrotnością
wszystkich tych cech,
które posiadamy.
Jak wielką okazać się może irytacja, gdy nastawimy się na fajerwerki, a ktoś proponuje nam tylko zimne ognie.
A jeśli nasz zawód dotyczy ludzi bliskich, co wtedy?
Nadszedł czas pożegnań, niebycia razem. Chyba każdy wie jak to wygląda, do czego prowadzi. Minął miesiąc? Kontakt już jest znikomy, a ja zawsze bałam się stawać na głowie, więc i teraz nie mam zamiaru wywracać całego swojego świata do góry nogami, żeby zapobiec katastrofie.
Musi dwoje chcieć.
Właściwie, to chyba mi tęskno i troche smutno.
Tutaj jeszcze czuję się obco, nie potrafię nazwać tego miejsca domem, mimo iż towarzyszy mi tu dużo mniej nerwów i stresu związanego z "życiem ogólnie".
Sporo się dzieje. Życie 'samemu' nie jest proste, ale wydaje mi się, że wszystkie ostrzeżenia dotyczące głodu i brudu są nad wyraz przekolorowane. Jeśli ktoś ma mózg i umiejętność odmawiania sobie niektórych rzeczy, to wystarczy już tylko odrobina asertywności i żyć można bez obaw.
Cierpię.
Niby nic nowego, ale chyba sama się uśmiercam tym ciągłym matkateresazkalkuty-owaniem. Tak czasami bywa, że trzeba się odwrócić od człowieka w potrzebie. Przynajmniej życie póki co usiłuje mi to wmówić. Pomaganie każdemu wyjść z dołka sprawia tylko tyle, że sami w ten dołek się zakopujemy.
Niechcąco.
Poszłabym pograć w kosza.
Nie ma nic zlego w byciu odpowiedzialną. Nie lubię dorosłego życia ale nie przeraża mnie ono aż tak, jak obawiałam się, że będzie mnie przerażało.
Muszę spasowac, zanim wykończy mnie moja nerwica wegetatywna.
(Niecierpliwe to zwierzątko i czasami zauważam u niej objawy ADHD.
Tak, tak. W wersji HD.)
Trochę się boje.
Głównie samotności.
Ze wszystkim innym sobie poradzę
(no, może prócz pochodnych,
całek, rożniczek etc.).
Muszę po prostu przyzwyczaić się do życia. Właściwie nie może mnie spotkać nic gorszego niż śmierć, więc czy jest się czego obawiać?
Znalezione przeze mnie mieszkanie prosi się o trochę ciepła. Gdyby nie fakt, że jest wynajęte, pewnie latałabym teraz z pędzlami i wydawałabym ostatnie grosze na ‘udomawianie się’. Wiem, że to tylko przystanek, nie meta. W lipcu czeka mnie kolejna przeprowadzka, mój umysł cierpi na samą myśl o niej. Nienawidzę przeprowadzek. Nie pozwalają zagrzać miejsca. Od urodzenia ciągle muszę pakować siebie w kartony i wyrzucać gdzieś. I tak od dziecka, średnio co pół roku.
Marzę o tym, że kiedys znajdę coś na stałe. Miejsce, któro mnie zadowoli, z którego nikt mnie nie będzie w stanie wyplewić. Kiedyś znajdę siebie. I ciepło, któro nazwę DOMEM.
Ogólnie to utonęłam w książkach. Podręczniki, notatki, dzienniki, publicystyka ogólnie, stosy materiałów dydaktycznych i innej drogiej makulatury wypelniły puste ściany mojego nowego mieszkania. Póki co zastępują meble.
Jest tak pusto, że nawet
mój oddech
odbija się od ścian echem.
To paralizuje i przytlacza, ale nie uśmierca. Żyję, oddycham dalej. Jest dobrze, dam radę.
I nawet paranoja troche ustępuje. Mimo źle podjętej decyzji o wczorajszym wyjściu do klubu czuję się dość dobrze. Tłum, zgiełk i smród trochę dały mi się we znaki, ale nastawienie i chęć poznania nowego stawiły mnie na nogi. Uciekłam szybko, a nawet szybciej, ale przynajmniej obwąchane kąty.
Nie powrócę tam więcej.
Nie potrafię zrozumieć gonitwy za życiem. Ciągle denerwuje mnie, że przebiegamy życie zamiast się nim cieszyć.
Cieszyć – się – życiem,
właśnie.
Gdybym mogła, wypisałabym wszystko to, co mnie męczy na kartce, a później zgniotłabym to do mikroskopijnych rozmiarów i wcisnęła w małą pigułkę. Schowałabym do kieszeni i niech się tam kisi, a co. Nigdy się tego nie pozbędę, ale przecież nie musi
zatruwać mi życia.
Całe te zmiany są dla mnie jak źle dobrane antybiotyki. Niby kuracja, niby ma pomóc, uspokoić, wyciszyć, miałam być zdrowa, a tu brak wyraźnych efektów, poprawa niezadowalającej rangi, do tego efekty uboczne. Mam życiową moralną-sraczkę, nadkwasotę i chce mi się pić. Z tego wszystkiego wrzody na podejściu do życia. I może jeszcze depresja, ale tylko jesienna. Słowna autoagresja, mogli zamknąć mnie w tym wariatkowie póki był jeszcze czas. Resocjalizacja w społeczeństwie, też mi coś. Ktoś to wymyślił. Idę o zakład, że tylko po to, by „ktoś, gdzieś” mógł zaoszczędzić pieniądze.
Chodzę na spacery (po chleb do sklepu na dole) i uderzają w moją głowę ciężkie jesienne liście. Depresja część druga – powrót smutów. Jakos łatwiej było jesiennymi popołudniami zwyczajnie usiąć nad Bałtykiem i zapomnieć o świecie. W tym mieście mogę usiąść przy rondzie. Albo dworcu. Lotnisku, stosach asfaltu, krawężników, spalin, powietrza goracego od masek samochodów.
Nie pasuję do życia wśród.
Jestem definitywnie poza.
JODU.
Gdybym mogła cofnąc czas?
Chyba nic bym nie zmieniła, narzekanie jest moją mocną stroną, działanie niekoniecznie. Jej, to chyba świadczy o moich korzeniach
pochodzenie: polskie.
Poważniej: nie zmieniłabym kompletnie niczego ze strachu przed tym, co mogloby nadejść (zepsuć się) po zaistnieniu tych zmian. Teoria może być idylliczna, praktyka niekoniecznie. Zawsze są jakies czynniki pierdolące wszystko, inaczej tego scenariusza nie nazywanoby życiem, a ludzie nie snuliby pragnień o raju.
Mogłabym rzucić to wszystko i po rostu iść do pracy. Zarabiac na życie, odkładać na mieszkanie. Za czterdzieści lat wziąć kredyt, żeby dorzucić połowę do oszczędności i kupić kawalerkę, 26m2, po czym spłacać ją do 70 roku życia, o ile nie wykituję. Mieszkałabym z kotem, bo na nikogo innego nie byłoby miejsca. Umarłabym narzekając, a kot z głodu wygryzłby mi serce. Ale to tylko wersja optymistyczna.
Będę się edukować póki starczy mi potu w porach na czole. Jestem taka głodna. Nie, nie wiedzy. Śniadania.
Boje się patrzeć w przyszłość zbyt szerokimi oczami. Mogłyby wypaść i się pobrudzić, i świat już nigdy niebyłby taki sam. Albo potoczyłyby się pod nogę kogoś życzliwego, kto całkiem niechcący by je zdeptał z cichym „ups” i świata więcej by nie było.
Perspektywa
bycia lepszym człowiekiem
wygasła jeszcze zanim zrodziła się w mej głowie. Daruję sobie autoumoralnianie i samoukaranie za grzechy.
Mam wyjebane
jak ryby na potop.
To chyba byłoby na tyle jeśli chodzi o moją
tajemnicę wiary.
Tęsknię za stabilizacją, której nigdy nie miałam. Pragnę poczucia bezpieczeństwa, któro towarzyszyło mi w życiu tak rzadko, że zanim odeszło już czułam tęsknotę.
Typowo po polsku będę czekać z założonymi rękami na lepsze jutro. Zobaczymy, co przyniesie czas.
Jestem zbyt rozgoryczona na działanie, a przecież w końcu muszę dziś wyjść z łóżka.
Pójdę po kolejną dydaktyczną makulaturę, a później skoczę z nią w przepaść.
W czerń otchłani swojego umysłu
W poszukiwaniu jakiegoś ja.
Adios.